sobota, 12 września 2026

Michał Kuzborski „Złudzenie gracza” Ocena: 4-/6

 

PROPAGANDA SUKCESU KONTRA PIRACI

„Złudzenie gracza” zaskakuje, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Najpierw będzie o plusach.

Włączam audiobook i co słyszę? Czyta autor. Chwila wątpliwości, które natychmiast zostają rozwiane. Autor czyta świetnie, lepiej niż niejeden lektor. Nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze czytać potrafi! Brawo!

Intryga jest sprytnie poprowadzona, chociaż zbyt długo się zawiązuje, logiczna (z drobnymi wyjątkami, których nie warto wymieniać), są zwroty akcji i zaskoczenia. Kolejny plus.

Co nie zagrało? „Złudzenie gracza” nie ma już takiej siły rażenia jak „Paradoks kłamcy” (pierwsza część serii), z kilku powodów: niezależnych, ale też zależnych od autora. Nie zachwycam się już oryginalnym bohaterem i jego środowiskiem, bo dobrze je zdążyłam poznać w pierwszej książce (powód niezależny). Chciałabym czegoś więcej, i na początku nawet to dostaję. Bohater przenika do środowiska zawodowych podrywaczy, którzy organizują szkolenia „jak skutecznie wyrwać panienkę”, co jest bardzo ciekawym pomysłem. Michał Kuzborski za bardzo jednak skupia się na mechanizmach podrywu, zapominając, że pisze powieść sensacyjną i akcja szybciej powinna ruszyć z kopyta. Zabrakło dobrego redaktora, który podpowiedziałby cięcia w przydługim wstępie. I to jest uwaga do wydawcy, tak się składa, że również i autora.

Od autora zależy też kreowanie postaci głównego bohatera. O ile w pierwszej części tolerowałam jego wady, ponieważ zalet było więcej, to tym razem o wiele mniej znajduję w tej osobie powodów do akceptacji. Moim największym zarzutem jest to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Gdyby podrywy były traktowane wyłącznie jako „zadanie szkoleniowe” i obie strony miałyby tego świadomość, wszystko byłoby w porządku. Ale w pewnym momencie podryw zamienia się w coś na kształt uczucia (przynajmniej tak mi to zostało przedstawione), a wtedy cynizm bohatera jest bardzo niewskazany. No chyba, że autor z jakichś powodów chce czytelnika (bardziej czytelniczkę) do bohatera zniechęcić, ale raczej nie o to chodziło. Drodzy panowie, jeśli spotykacie się z kobietą, która ma szansę zostać tą jedyną, to naprawdę, nie testujcie seksualnie innej panienki na boku.

A teraz długa dygresja zupełnie z innej beczki. Chciałam się czegoś więcej dowiedzieć o autorze i trafiłam na wywiad na YouTube. Michał Kuzborski chwali się, że jako wydawca zarobił na „Paradoksie kłamcy” 100 000 złotych! No nieźle, myślę sobie, ciekawe jak on to zrobił. Znajoma autorka, która również wydaje książki we własnym wydawnictwie twierdzi, że to działalność charytatywna na rzecz polskiej kultury, i że ledwo wychodzi na swoje. Może się czegoś dowiem i jej podpowiem, jak mogłaby wreszcie zarobić?

Zaczęłam liczyć i coś mi nie zgadzało. Żeby zarobić na czysto 100 tysięcy, to przy kosztach trochę niższych niż 50 tysięcy, do których wydawca/autor przyznaje się w wywiadzie, sprzedaż musiałaby być na poziomie 150 tysięcy złotych. Nakład papierowy wynosił 2000 egzemplarzy, cena okładkowa 40 złotych. Biorąc pod uwagę zdzierskie prowizje dystrybutorów, którzy zgarniają więcej niż połowę ze sprzedaży „papieru”, można by z tego segmentu uzyskać 40 tysięcy. Z audiobooków – może połowę tej kwoty, ale to i tak bardzo optymistyczne szacunki. E-booki się nie liczą, to mniej niż 10% rynku, zdominowanego przez piratów. Dotyczy to również audiobooków. Jakoś nie mogę się doliczyć kilkudziesięciu tysięcy.

Z tego samego wywiadu dowiedziałam się też, że planując wysokość nakładu kolejnej książki - „Złudzenia gracza”, wydawca/autor już był ostrożniejszy. To tylko 1000 egzemplarzy papierowych, a w nagraniu audiobooka nie brał już udziału drogi lektor (patrz: drugi akapit). Gdyby to były takie kokosy, to czy kolejna książka nie powinna wyjść wkrótce po pierwszej w większym nakładzie? A tymczasem autor czekał z wydaniem drugiego tomu 5 lat. Czyżby deklaracja dotycząca zysków to była propaganda sukcesu?

Nie wiem, być może się mylę, być może się nie orientuję w meandrach wydawniczych, ale w ogromne zyski z własnej działalności wydawniczej trudno mi uwierzyć, o ile nie ma się gigantycznych zasięgów w mediach społecznościowych (Kuzborski nie ma). Jeżeli wysłucha tego wywiadu jakiś początkujący autor i potencjalny wydawca, to może wpaść w duże tarapaty.

I jeszcze jedna dygresja. Kiedy Izabela Szylko wspominała mi w bardzo gorzkim wywiadzie „Czytelnicy i złodzieje” dla portalu nakanapie.pl, jak to usunęła z pewnego pirackiego portalu z gryzoniem w herbie ponad 1000 plików z jej książkami, trochę niedowierzałam. A tymczasem widzę, że Michał Kuzborski ma ten sam problem. 50 stron dotyczących jego książek, a na każdej stronie około 20 plików do pobrania za darmochę. No i jak ten biedny autor ma zarabiać?

Drodzy czytelnicy, bardzo was proszę, nie okradajcie autorów.

sobota, 29 sierpnia 2026

Krzysztof P. Czyżewski „Strażnik Rafaela” Ocena: 1/6

JAK SIĘ POZBYĆ CIAŁA?

Ta książka wpisała się w czarną serię. Czwarta z kolei, której nie dało się czytać i musiałam ją porzucić po kilku rozdziałach. O pozostałych wpadkach nawet nie chciało mi się pisać, ale kiedy taki numer wykręca wydawnictwo Czarna Owca, a nie jakiś selfpublishingowy mastodont albo zdesperowany autor, który „zawsze marzył, żeby zostać pisarzem”, nie mogę nie zareagować. Nie wstyd wam produkować takich potworków? Drodzy recenzenci, czy naprawdę musicie zachwalać każdą książkę, którą otrzymacie w prezencie od wydawnictwa?

Bardzo lubię powieści przygodowe z historycznymi wątkami i „poszukiwaniem skarbów”, więc postanowiłam sprawdzić o co chodzi z tą Szkatułą Królewską księżnej Izabeli Czartoryskiej. Nie dowiedziałam się, bo musiałabym dotrwać do końca, a to było ponad moje siły. Pomijając błędy narracyjne (autor od samego początku wprowadza tak wiele tajemnic, że nie sposób ich wszystkich śledzić aż do rozwiązania, zbyt wiele postaci, by którąś przejąć się na poważnie), najpoważniejszym zarzutem jest to, że czytelnik traktowany jest jak idiota.

Dwójka antykwariuszy Łucja Rokosz i Alek Jung (student) ma za zadanie wycenić przedmioty odziedziczone przez klienta, wśród których znajduje się oryginalny zegarek z XVII wieku. Klient nie chce się przyznać skąd zegarek pochodzi, więc antykwariusze przeprowadzają własne śledztwo. Gdy kolejnym razem nie zastają klienta w domu, udaje im się skłonić bardzo nieufną sąsiadkę do otwarcia drzwi, zwracając się do niej po nazwisku. Tylko, skąd znali jej nazwisko? Pomogły siły nadprzyrodzone?

Sąsiadka zdradza, że matka klienta została zamordowana, ale policja uznała to za wypadek, i obiecuje, że da znać, jeśli będzie się działo coś niepokojącego. Kiedy kilka godzin później Łucja otrzymuje SMS z nieznanego numeru „przyjedźcie teraz”, od razu wie, że to od sąsiadki. Swobodnie jednak traktuje słowo „teraz” i jedzie na wezwanie, zupełnie się nie spiesząc. Czeka bowiem na studenta (bo oni tak z zasady podróżują dwójkami), a że najczęściej przemieszczają się komunikacją miejską, więc zajmuje im to trochę czasu. Od razu wiemy, że mamy do czynienia z kiepskimi amatorami.

Gdy Łucja, jednak odważnie, bez studenta, dociera na miejsce, sąsiadka nie otwiera, ale słychać zza jej drzwi dźwięk wibrującego telefonu. Ja nie słyszę wibracji, nawet jak mam telefon w kieszeni, ale co to dla kogoś, kto ma nadprzyrodzone zdolności. Detektywka postanawia zgłosić swoje zaniepokojenie o sąsiadkę na najbliższym komisariacie i znów zdarza się cud, udaje jej się dostać do policjanta, który przyjmuje zgłoszenia w ciągu kilku minut! W Polsce. W dużym mieście wojewódzkim. Próbowaliście kiedyś zgłosić kradzież roweru? Jeśli tak, to pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie wam to do głowy.

Policja i tak odsyła ich z kwitkiem (student dotarł), bo nie chcą zgłosić zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Proszą więc tylko, żeby policjant obdzwonił szpitale, a policjant entuzjastycznie się zgadza.

W międzyczasie pojawia się wątek morderstwa. Autor pozostawia mordercę z zadaniem: „teraz tylko musiał się jakoś pozbyć ciała”. Czytam dalej tylko dlatego, aby się dowiedzieć, jak mu się to udało, bo morderca wydaje się być bardzo niegramotny.

Aż w końcu nasi, z Bożej łaski detektywi, przeprowadzają akcję w stylu Jamesa Bonda. Na kolejnym spotkaniu z klientem, Łucja zauważa, że „z jego kieszeni wystaje coś metalowego”. Wtedy Alek podrywa się, unieruchamia klienta i przyciska mu do szyi pistolet mówiąc „Rusz się, a długo nie będziesz tęsknić za matką” [matka nie żyje]. Ni z tego, ni z owego, w trakcie zwykłej konwersacji, do Bogu ducha winnego człowieka, który nie dał najmniejszego powodu, żeby go atakować i wcześniej nie sprawiał żadnych kłopotów. Takiej akcji nie usprawiedliwia nawet później podana informacja, że pistolet był atrapą. Urządzenie w kieszeni klienta to był inhalator. Ja bym zeszła na zawał i długo nie mogła dojść do siebie, ale tutaj natychmiast wszystko dobrze się kończy. Żadnych reperkusji, żadnych wątpliwości co do szalonych antykwariuszy. Incydent kończy się przeprosinami. Łucja przeprasza klienta za zachowanie Alka, a klient Łucję, że nie wszystko im powiedział. I nic się nie stało, wszyscy są znów szczęśliwi.

Głupota tej sceny tak mnie rozwaliła, że już miałam rzucić czytnikiem w kąt, ale przecież chciałam się dowiedzieć, jak morderca pozbył się ciała. Czytam więc dalej na szybkich obrotach.

Wracamy do mordercy, który jest w Nowym Jorku, a jego największym zmartwieniem jest to, do jakiego muzeum ma się udać. Zabił, żeby uzyskać awans (!), jeśli by kogoś to interesowało.

Mnożą się zupełnie niepotrzebne, nowe wątki, z przeszłości i teraźniejszości, pojawiają się dziesiątki (!) nowych zbędnych postaci, akcja przerzuca się do Niemiec, Austrii, Holandii, przedwojennej Czechosłowacji, chaos robi się nie do ogarnięcia. Tylko autor będzie wiedział o co chodzi, a i tak nie mam pewności. Właściwie, to mogę się nawet założyć, że nie będzie potrafił wyjaśnić kto, co, gdzie kogo i dlaczego.

Myślicie, że dowiedziałam się, jak morderca pozbył się zwłok? Niedoczekanie! Po co? Ten wątek w ogóle zniknął. Autor pewnie myślał, że w plątaninie innych wydarzeń, czytelnicy tego nie zauważą.

Miałam nadzieję, że po skaczących na pomarańczowych spadochronach chomikach w powieści Grega Krupy „Przeklęta rzeźba z Bolonii”, nic mnie nie będzie w stanie zaskoczyć. Myliłam się. Polscy autorzy są nieprzewidywalni.

piątek, 31 lipca 2026

Kacper Młyńczak „Wilczy bilet” Ocena: 3+/6

POPRAWNOŚĆ NIE TYLKO POLITYCZNA

To jest nawet całkiem poprawne. Trochę przegadane, ale niech tam.

Poprawny temat (rosyjscy szpiedzy zawsze na czasie), poprawna intryga (z wyjątkiem końcówki), na pierwszy rzut oka poprawne realia (drugi rzut może by i coś zmienił, ale przeciętny czytelnik nie rzuca okiem dwa razy na takie książki). Bohaterowie również są poprawni, ale w tym kontekście należy to czytać: nijacy, nudni, sztampowi, no tacy szpiedzy wersja standard. Poprawny język i styl, poprawna dramaturgia, nawet można się wciągnąć. Czy trzeba czytać?

Jeżeli ktoś lubi powieści szpiegowskie, nigdy nie czytał le Carré’a, Folletta czy nawet Severskiego, to będzie miał większą satysfakcję.

Największym minusem jest to, że książka kończy się w połowie. No niby dowiadujemy się co i jak, ale nie do końca. Tam gdzie powinno być wyraźne zakończenie mamy zwrot akcji, no bo przecież musi coś zostać na następny odcinek. Jeśli chodzi o mnie, to nic bardziej mnie nie zniechęca do przeczytania kolejnego tomu, jak takie pląsy.

„Wilczy bilet” to debiut autora. Jest na tyle niewyróżniający się w tłumie i przeciętny, że może odnieść sukces. W przeciwieństwie do „Paradoksu kłamcy” – błyskotliwego, wybijającego się oryginalnością debiutu Michała Kuzborskiego, o którym niedawno pisałam.

Szkoda, że tak się porobiło.

niedziela, 19 lipca 2026

Michał Kuzborski „Paradoks kłamcy” Ocena: 5/6

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ PÓŹNIEJ

Na „Paradoks kłamcy” Michała Kuzborskiego wpadłam z sześcioletnim opóźnieniem. Jak mogłam to przegapić?! Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie polskie debiuty, bylibyśmy literacką potęgą.

To powieść bardziej sensacyjna niż kryminalna, z mocnym tłem obyczajowym, dopracowana pod każdym względem: językowym, redakcyjnym, dramaturgicznym. Książkę czyta się jednym tchem, intryga dopięta jest na ostatni guzik i nic w niej nie zgrzyta (prawie nic, ale wszystko w swoim czasie).

Jest to budujące również dlatego, że autor wydał tę książkę samodzielnie, we własnym wydawnictwie. Zadaje to kłam powszechnym, w większości niepozbawionym racji opiniom, że ludzie wydają w selfpublishingu książki słabe, które na normalnym rynku nie mogłyby zaistnieć. Autor, jak mniemam, wyszedł z założenia, że dobra książka zawsze się sprzeda, obawiam się jednak, sądząc po liczbie ocen na portalach czytelniczych, że nie zbił na tym tytule fortuny. Nie wziął chyba pod uwagę, że ta archaiczna zasada nie działa dziś na polskim rynku literackim. O wiele lepiej sprzedają się książki złe i głupie; inteligentnym nie pomoże nawet dobra promocja.

Najbardziej ujął mnie niekonwencjonalny główny bohater i rzadko wykorzystywane środowisko, w którym rozgrywa się akcja. Autor musi znać je od podszewki, ponieważ realia są wiarygodne aż do bólu. Tytułowy kłamca – to specjalista od czarnego PR zwany S. (dla ojca: Sebuś). Najczęściej gasi pożary. Gdy czyjś wizerunek zostaje nadszarpnięty, potrafi klienta wybielić, kiedy kogoś trzeba oczernić, wie jak to zrobić w białych rękawiczkach. Taki człowiek, oczywiście, musi pakować się w kłopoty. Jest thrill. Do tego barwna plejada postaci drugoplanowych, afery obyczajowe, gospodarcze i kryminalne, które przeplatają się, by na końcu zgrabnie połączyć.

Główny bohater to postać wielowymiarowa: brawurowo inteligentny, zachowujący się nagannie, ale też pełen ludzkich uczuć i słabości, co wzbudza empatię czytelnika. Moja sympatia do niego bierze się również stąd, że S. bardzo mi przypomina Saula Goodmana z serialu „Better Call Saul”. Co z tego, że czasami zachowuje się niemoralnie, skoro i tak mu kibicuję? Niełatwo stworzyć taką postać. Nie każdy to doceni.

I tylko jedna rzecz mi tu zazgrzytała: panie autorze, skąd ksiądz miał broń?