niedziela, 19 lipca 2026

Michał Kuzborski „Paradoks kłamcy” Ocena: 5/6

LEPIEJ PÓŹNO NIŻ PÓŹNIEJ

Na „Paradoks kłamcy” Michała Kuzborskiego wpadłam z sześcioletnim opóźnieniem. Jak mogłam to przegapić?! Jeśli tak miałyby wyglądać wszystkie polskie debiuty, bylibyśmy literacką potęgą.

To powieść bardziej sensacyjna niż kryminalna, z mocnym tłem obyczajowym, dopracowana pod każdym względem: językowym, redakcyjnym, dramaturgicznym. Książkę czyta się jednym tchem, intryga dopięta jest na ostatni guzik i nic w niej nie zgrzyta (prawie nic, ale wszystko w swoim czasie).

Jest to budujące również dlatego, że autor wydał tę książkę samodzielnie, we własnym wydawnictwie. Zadaje to kłam powszechnym, w większości niepozbawionym racji opiniom, że ludzie wydają w selfpublishingu książki słabe, które na normalnym rynku nie mogłyby zaistnieć. Autor, jak mniemam, wyszedł z założenia, że dobra książka zawsze się sprzeda, obawiam się jednak, sądząc po liczbie ocen na portalach czytelniczych, że nie zbił na tym tytule fortuny. Nie wziął chyba pod uwagę, że ta archaiczna zasada nie działa dziś na polskim rynku literackim. O wiele lepiej sprzedają się książki złe i głupie; inteligentnym nie pomoże nawet dobra promocja.

Najbardziej ujął mnie niekonwencjonalny główny bohater i rzadko wykorzystywane środowisko, w którym rozgrywa się akcja. Autor musi znać je od podszewki, ponieważ realia są wiarygodne aż do bólu. Tytułowy kłamca – to specjalista od czarnego PR zwany S. (dla ojca: Sebuś). Najczęściej gasi pożary. Gdy czyjś wizerunek zostaje nadszarpnięty, potrafi klienta wybielić, kiedy kogoś trzeba oczernić, wie jak to zrobić w białych rękawiczkach. Taki człowiek, oczywiście, musi pakować się w kłopoty. Jest thrill. Do tego barwna plejada postaci drugoplanowych, afery obyczajowe, gospodarcze i kryminalne, które przeplatają się, by na końcu zgrabnie połączyć.

Główny bohater to postać wielowymiarowa: brawurowo inteligentny, zachowujący się nagannie, ale też pełen ludzkich uczuć i słabości, co wzbudza empatię czytelnika. Moja sympatia do niego bierze się również stąd, że S. bardzo mi przypomina Saula Goodmana z serialu „Better Call Saul”. Co z tego, że czasami zachowuje się niemoralnie, skoro i tak mu kibicuję? Niełatwo stworzyć taką postać. Nie każdy to doceni.

I tylko jedna rzecz mi tu zazgrzytała: panie autorze, skąd ksiądz miał broń?

wtorek, 23 czerwca 2026

Richard Osman „Uśmiech fortuny” Ocena: 4/6

POWRÓT MUSZKIETERÓW

Czwartkowy Klub Zbrodni powrócił do aktywności po krótkiej przerwie.

Intryga sprytnie poprowadzona, chociaż niezbyt zawikłana.

Akcja toczy się bez fajerwerków, ale bohaterowie mają swoje lata, więc nie ma się czemu dziwić.

Klimat, który tak mnie wcześniej zauroczył, wciąż ten sam, więc zauroczenie pozostało i generuje chęć kolejnego spotkania z bohaterami, gdy tylko będzie taka możliwość. O! Jak chętnie obejrzałabym kolejny film z ulubioną czwórką.

I subtelny, angielski humor, który nieustannie mnie rozbraja. Zobaczcie sami:

„… bomby są kobietami. Jak raz wybuchną, to koniec. Mężczyźni przypominają bardziej pistolety, ciągle się przeładowują.”

„Skąd wzięłaś kokę? (…) Od gościa z jedną ręką. (…) Connie pamięta, jak Dan miał jeszcze obie ręce. I pomyśleć, ile kasy wydanej na tatuaże się zmarnowało.”

„Joyce, mówisz do siebie (…) To najlepszy sposób, by usłyszeć coś mądrego.”

Czytajcie. Najlepiej od początku. Całą serię (recenzja tu).

niedziela, 7 czerwca 2026

Piotr Górski „Ósmy grzech” Ocena: 3/6

ZAMIENIŁ STRYJEK SIEKIERKĘ NA KIJEK*

Dlaczego Piotr Górski zamienił komisarza Kruka na komisarza Dusznego? Co sprawiło, że postać charyzmatyczna, zapadająca w pamięć, z którą zaprzyjaźniłam się od pierwszego wejrzenia i dałabym się za nią pokroić na kawałki, gdyby była taka potrzeba, została zastąpiona osobą antypatyczną, nijaką i etycznie niejednoznaczną? I tylko nie mówcie, że on te wszystkie przekręty robi w zbożnym celu, no bo przecież przyjaciel. Plusy nie przesłoniły mi minusów. Duszny ma prawo źle się prowadzić (Kruk w końcu też święty nie był), ale te wszystkie drobne świństwa, traktowanie ludzi per noga i brak kręgosłupa moralnego, wszystko to sprawia, że nowy bohater Górskiego mało mnie obchodzi.

Dawniej pewnie, swoim zwyczajem, przeprowadziłabym prywatne śledztwo, dlaczego tak się stało, ale dziś, kiedy muszę się zmuszać do pisania (i czytania), pójdę na skróty. Autor ma prawo się znudzić swoim bohaterem, może eksperymentować, a czy nowa opcja się przyjmie, zadecydują czytelnicy.

Przeniesienie akcji z Gdańska do Sopotu ma swoje uzasadnienie, w końcu to jedno z niewielu miast z prawdziwym klimatem, który można by wykorzystać, ale mam wrażenie, że Górski robi to trochę na siłę. Tak jakby wydawca powiedział: weź pan i napisz coś w Sopocie, bo Sopot jest modny. Wniosek ten wysnuwam z faktu, że autor opisom miasta poświęca o wiele więcej miejsca, niż to konieczne, robi to drobiazgowo i bez zaangażowania. Po co dwa razy powtarzać Teatr Atelier imienia Agnieszki Osieckiej? Redaktor przysnął, i potem jeszcze kilka razy, ale spoko, nie będę się rozwodzić, moje zaangażowanie w pisanie tej recenzji jest również ograniczone.

Intryga, jak to u Górskiego, ładnie się łączy i zamyka, ale wprowadzenie wątków równoległych powoduje, że zbyt wcześnie domyślam się, kto za wszystkim stoi. Nie ma przecież innych podejrzanych, którym poświęca się tak dużo uwagi. Na szczęście do końca nie znam motywu działania sprawcy, więc czytam z zainteresowaniem, bo dramaturgia jak zwykle nie zawodzi.

Kiedy jednak przychodzi do zakończenia, czuję duże rozczarowanie. Naprawdę Piotr Górski to napisał? Naprawdę poszedł śladem Mrozów, Gorzków, Piotrowskich, Mossów i Kościelnych? Kolejna książka o psychopatach? Nawet się nie wkurzam, po prostu mi żal.

Mam niczym nieuzasadnione wrażenie, że autor trochę się męczył pisząc tę powieść, tak jak i mnie już męczy pisanie recenzji, które jest rzucaniem grochem o ścianę. Może i obchodzi to jakąś garstkę czytelników, ale świat (literacki) i tak będzie się staczał swoją drogą i nie mamy na to żadnego wpływu. Już Kopernik zauważył, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Z literaturą jest tak samo.

*ludowe

niedziela, 29 marca 2026

Jean-Claude Izzo „Solea” Ocena: 5/6

„NIEULECZALNA MELANCHOLIA”*

To nie jest kryminał. To jest nawet antykryminał. Nie ma zagadki. Od początku wiemy, kto stoi za morderstwami i mamy wszechogarniające przeczucie, że ta historia nie może skończyć się dobrze. „Solea”, czyli ostatnia część trylogii marsylskiej - to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości, przyjaźni, śmierci i zemście (w tej właśnie kolejności) napisana przez poetę. Mroczniejsza niż noc zimowa za kręgiem polarnym. To książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy odważą się zanurzyć w ten mrok. Fabio Montale jest człowiekiem, który kocha prawdziwie i pragnie kochać, ale za brak szczęścia w miłości nieustannie obwinia siebie. Trudno się obcuje z bohaterem, który uważa, że jest „zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

Życie cuchnie śmiercią. (…) Powąchałem rękę. Ten sam wstrętny odór. Ja też cuchnę śmiercią.

„Solea” pochłonęła mnie totalnie. Jean-Claude Izzo należy do tych nielicznych pisarzy, z którymi łączy mnie metafizyczna więź. Czytam książkę i nurkuję w niej jak mogę najgłębiej, wstrzymując oddech, aż prawie tonę. Kiedy bohater słucha jazzu i ja wrzucam „In a Sentimental Mood” Coltrane’a i Ellingtona, żeby sobie leciało w tle. Kiedy Montale pije wino, sprawdzam, gdzie można je kupić, no i niestety okazuje się, że wina z tych apelacji nie są dostępne w Polsce. Czytam, i co chwilę zaginam rogi, żeby zaznaczyć fragmenty, które chciałabym zapamiętać. Wynotowuję je również dla was, może też uznacie je za ważne.

Jak wytłumaczyć, że ‘kocham cię’ przez wierność dla miłości, której nigdy nie było różni się od ‘kocham cię’ w imię prawdy miłości, której szczęścia doznajesz każdego dnia?

Przede mną jeden prawdziwy prezent, jaki życie mi podarowało. (…) Morze i niebo. Nieskazitelne. Bez końca. I to zrodzone z nich (…) światło. Nieraz myślałem sobie, że wziąć kobietę w ramiona to tak, jakby przygarnąć do siebie całą tę radość idącą z nieba ku morzu.”

„Zawsze pojawiasz się za późno (…) Nie potrafisz dogonić śmierci. I życia też nie potrafisz dogonić. Ani przyjaźni. Ani miłości. Zawsze spóźniony, zawsze przegrany”.

„Za długo żyję bez wiary w życie. (…) Czy uwierzyłem, że drobne codzienne przyjemności wystarczą do szczęścia i dlatego zrezygnowałem z marzeń, prawdziwych marzeń? A tym samym skreśliłem przyszłość? Nie ma przede mną jutra, nie spodziewam się świtu, który teraz właśnie wstawał.”

Teraz nie ma już w Marsylii ani jednej osoby, do której (…) mógłbym powiedzieć: ‘A pamiętasz…?’ Przyjaźń to właśnie to: suma wspólnych wspomnień, które można wyłożyć na stół obok pięknego okonia, zapiekanego w koprze. Tylko to ‘a pamiętasz…’ pozwala się zwierzać z najbardziej intymnych doznań (…).”

I jeszcze wiersz Louisa Brauquiera, cytowany przez głównego bohatera:

Idę do ludzi mojej ciszy

Powoli idę do tych, o których mogę milczeć;

Przyjdę z daleka, wejdę i usiądę.

Zaczerpnę tego, co potrzebne, bym znów ruszył w drogę”.

Dalsza droga Jeana-Claude’a Izzo była, niestety, krótka. Zmarł dwa lata po publikacji książki.

Recenzent „Le Monde” tak napisał o „Solei”:

„Nieuleczalna melancholia. W niej cały urok i siła książek Izzo.”* Trudno o celniejsze podsumowanie.

Jeżeli przekonałam was do autora, to tylko podpowiadam, że trylogię marsylską najlepiej czytać po kolei: najpierw „Total Cheops”, potem „Szurmo” i „Solea”. Szczerze odradzam czytanie od końca.